„WEWNĘTRZNA SIŁA”
— Otwórz oczy Samantho.
Wolno wypowiadane słowa niosły się we wszystkich zakamarkach jej głowy, rozpychały jej umysł niczym zwierz moszczący sobie gniazdo.
— Nie bój się.
Znowu ten dźwięk. Nie dawał o sobie zapomnieć. Wciskał się w jej umysł. Mimo, że nie rozumiała jego znaczenia czuła się bezpieczna.
— Śmiało Samantho. Czekamy na ciebie. Masz czas.
Delikatnie poruszyła dłonią, było to prostsze niż się spodziewała.
— Tak. Właśnie tak.
Funkcje życiowe – stabilne sto procent. Praca mózgu – sześć procent i szybko rośnie. Motoryka – cztery procent, rośnie.
Kolejny atak dźwięków. Nieznośny, wibrujący. Nagle nie dźwięki były największym problemem. Zdała sobie sprawę, że jej język i cała jama ustna są suche. Jej spierzchnięte wargi delikatnie drgnęły.
— Spokojnie. Pij…
Poczuła na swoich ustach rurkę. Instynktownie rozchyliła usta i poczęła ssać. Zimny płyn nie miał kompletnie smaku, ale momentalnie poprawił jej stan.
— Świetnie. Otwórz oczy
Słyszane dźwięki zamieniały się w zrozumiałe słowa. Drżące powieki zdawały się ważyć tony. Otaczająca ją ciemność powoli rozrywała się ustępując blaskowi światła. Jej ciało przeszył dreszcz w reakcji na zalewające jej źrenice jaskrawe światło. Nie chciała ponownie pogrążać się w ciemnościach więc znosiła ból.
— Witaj ponownie Samantho. Pamiętasz mnie?
Twarz stojącej nad nią kobiety wydawał się znajomy, ale nie mogła sobie przypomnieć imienia. Pokręciła więc delikatnie głową.
— Spokojnie zaraz sobie wszystko przypomnisz. Spokojnie nie tak szybko – zareagowała na próbę wstania Samanthy – daj sobie czas.
— Mo… mo… Monika. Jesteś Monika – zaskoczyła sama siebie. Pamięć wracała szybko.
— Idzie ci wyśmienicie – dopiero teraz Samantha zdała sobie sprawę jak niski głos ma jej rozmówczyni. – Pamiętasz co się wydarzyło? Dlaczego tu jesteś?
— Zmiana genetyczno – energetycznych predyspozycji związanych z przyszłymi zadaniami. – Odparła mimo woli – chociaż nie do końca wiem co to znaczy.
— Zaraz przypomnisz sobie wszystko. Jak jej status? – Monika zwróciła się w, wydawać by się mogło, pustą przestrzeń za głową leżącej Samanthy.
Funkcje życiowe – stabilne sto procent. Praca mózgu – niespełna jedna trzecia i szybko rośnie. Motoryka – dwadzieścia procent, rośnie.
Odparł dziwny, bardzo sztucznie brzmiący głos. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie pochodził od istoty ludzkiej, lecz z centrali komputerowej monitorującej salę. Powoli uniosła tułów, aby usiąść. Poczuła jak nieużywane mięśnie napinają się gotowe do pracy.
— Jestem gotowa – jej własny głos wydał się nieco obcy, tak różny od głosu Moniki.
— Przyjdzie na to czas. Musisz odzyskać pełnię sprawności.
— Dobrze wiesz, że odzyskiwanie sprawności podlega wzrostowi wykładniczemu i osiągnę pełną sprawność nim opuszczę to pomieszczenie.
— Wszystko się zgadza. Pamiętasz szczegóły zmian jakie przeszłaś?
— Zmiany dotyczyły synchronizacji nanitów z nowymi umiejętnościami. Zmniejszoną podatnością na oddziaływania zewnętrzne, pamięcią mięśniową w warunkach bojowych oraz wgranie mechanizmu wyłączenia umysłu.
— Doskonale. Centrala jaki jest stan pacjentki?
Stan Samanthy zarówno psychiczny jak i fizyczny nie niesie żadnego ryzyka komplikacji. Funkcje mózgowe i organiczne odzyskane w pełni.
— Nie będę cię więc zatrzymywała – Monika wskazała dłonią drzwi.
Zeskoczyła z łóżka bardzo zwinnie i płynnie. Na bosych stopach poczuła chłód posadzki, co jednak nie wywołało żadnej reakcji.
— Moje buty?
— Są przy wyjściu. Powodzenia Samantho. Niech twoja wiedza cię prowadzi.
Nic nie odparła. Wolnym krokiem wyszła z pomieszczenia.
Słońce delikatnie grzało jej twarz, a słaby wiatr delikatnie rozwiewał jej włosy. Poczuła się dziwnie, zupełnie jak by pierwszy raz wyszła na zewnątrz. Centrum szkoleniowe było oddalone o niespełna pięć kilometrów od laboratorium. Sama nie wiedziała, dlaczego, ale jej szybki marsz zamienił się w bieg. Coraz szybciej pokonywała kolejne metry. Nie zwracała uwagi na mijanych ludzi, budynki czy wątłą roślinność. Jej umysł skupiony był wyłącznie na drodze i celu jaki ją czekał. Niespełna dziesięć minut później była na miejscu. Szybko spojrzała na zegarek i dokonała kilku obliczeń. Pomimo intensywnego biegu jej oddech ledwo przyspieszył, wiedziała, że zabieg, któremu była poddana udał się. Jej organizm był gotowy na nadchodzące wyzwania.
Wielki budynek centrum szkoleniowego mógł przytłaczać swoimi rozmiarami. Doskonale wiedziała co ją czeka w środku. Dwie sala. Jedna do treningu z bronią palną druga do walki wręcz. Niejednokrotnie słyszała, że spotkanie z Viktorią nie należy do łatwych. Pewnym krokiem przekroczyła próg kierując się wprost do pierwszej z sali.
— Witaj Samantho. Jestem Kubal, moim zadaniem jest weryfikacja twoich umiejętności strzeleckich i ocena przebiegu wszczepu nowych umiejętności. Zazwyczaj jest to formalność. Dużo trudniejsze jest spotkanie z Viktorią.
— Zaczynajmy. Szkoda czasu.
Pewnym krokiem podeszła do stanowiska, na którym leżało kilkanaście sztuk najróżniejszej broni palnej. Większość widziała pierwszy raz na oczy.
— Karabin M60, ziemski. Bardzo rzadko stosowany bezpośrednio przez żołnierzy ze względu na swoją masę. Znacznie częściej montowany na pojazdach – poderwała z niezwykłą łatwością ważącego niemal dziesięć kilogramów potwora. W połączeniu z jej stosunkowo wątłym ciałem cała sytuacja wyglądała dosyć groteskowo. Do chwili, gdy palec Samanthy trafił na spust. Pomieszczenie momentalnie wypełnił głuchy ryk potężnego karabinu. Zapach prochu uderzył z wielką mocą. Kubal patrzył jak niepozorna kobieta dzierży tę machinę zagłady, a jej twarz mimowolnie wykrzywia się w … uśmiechu?
— Samopowtarzalny karabin szturmowy na amunicję wzbogacaną heborytem – powiedziała bardzo spokojnie, zaraz po tym jak wyrzuciła ciężki ziemski karabin. – amunicja jest niezwykle niebezpieczna w połączeniu z ludzką tkanką. – Ponownie, niby mimowolnie podniosła bron odbezpieczając ją zręcznym ruchem. Strzały przypominały ciche syknięcie. Powietrze momentalnie wypełnił zapach siarki i czegoś słodkiego. Zdecydowanie zdominował zapach prochu strzelniczego.
— Gwardyjski pistolet ręczny – zaczęła, gdy tylko odrzuciła poprzednią broń – amunicja magnetyczno – zapalająca. Wymaga celności i samo dyscypliny. – Wystrzeliła dwa pociski w tarcze oddalone od siebie o niespełna dwa metry. Pociski po trafieniu w cel połączyły się pokrywając ogniem całą przestrzeń, którą przebyły.
Analogicznie postąpiła jeszcze kilkukrotnie. Obsługując różnego typu i pochodzenia urządzenia niosące śmierć.
— Wystarczy – przerwał Kubal – twoje nowe umiejętności osiągnęły pełen potencjał szybciej niż kiedykolwiek. Gratuluję.
Samantha bez słowa skierowała się w stronę drzwi prowadzących do kolejnego pomieszczenia. Na środku dużej Sali stała kobieta. Ubrana w obcisły strój treningowy. Sylwetka niczym wyryta z kamienia, nieruchoma, skupiona.
— Witaj Samantho. Twoja wcześniejsza weryfikacja przebiegła szybciej niż zakładałam. – Jej głos niósł echo po pustej przestrzeni.
— Nie przyszłam tu na rozmowę – nawet nie zwolniła kroku idąc prosto na nią.
— Świetnie. Wiesz więc na czym polega ten test?
— Oczywiście. Wiedza, do niedawna, była moją jedyną bronią – zaczęła biec w stronę Viktori.
Pierwszy jej cios przeszył tylko powietrze. Viktoria była szybka, bardzo szybka. Kontrujący cios Samantha skutecznie sparowała jednocześnie robiąc krok w bok. Kolejna i jeszcze jedna próba spełzły na niczym. Unik, blok.
— Przestań analizować, myśleć o walce. To musi być instynkt, automatyzm – Viktoria zamarkowała cios lewą ręką, na co Samantha dała się nabrać. Kopnięcie wymierzone w okolice kolana dało się odczuć. Gdyby nie krążące w jej organizmie nanity zapewne leżałaby na ziemi, jednak przechwyciła kolejny cios pięścią i sama wyprowadziła kopnięcie w jej tułów. Dosięgnęła celu. Cios był mocny. Salę przeszył lekki trzask łamanych żeber. W odpowiedzi, mimo trzymanej gardy Samantha przyjęła cios łokciem na szczękę. Nie wywołał on jednak większej reakcji. Zmniejszone odczucia bólu sprawiły, że poczuła zaledwie dotknięcie. Wyprowadziła kolejny cios. Unik.
— W końcu zrozumiałaś – Viktoria poczuła, że dobrze wywiązuje się ze swojej roli.
— Zamknij się – Słowa z ust Samanthy wypłynęły mimo woli. Kolejny markowany cios i następny. Dopiero trzeci miał przynieść skutek. Zbiła gardę przeciwniczki i potężnym uderzeniem trafiła Viktorię w szczękę. Zachwiała się lekko. Samantha tylko na to czekała. Boczne kopnięcie wymierzone z góry na łydkę oponentki sprawiło, że kości piszczelowa i strzałkowa przebiły skórę pokrywając matę krwią. Viktoria, dzięki swoim modyfikacjom nawet nie zauważyła tego faktu usiłując wymierzyć kontrę. Samantha przejęła jej rękę i złamała jej przedramię jak zapałkę. Straciwszy większość swoich zdolności Viktoria odsłoniła twarz. Potężny cios łokciem sprowadził przeciwniczkę do parteru.
— Nigdy więcej – Samantha wymierzyła cios z góry piętą w jej ramię gruchocząc kolejne kości. – Nigdy więcej nie mów co mam robić. – Jej oczy zapłonęły gniewem. Uczucie zupełnie obce i nowe. Jedyne czego teraz pragnęła to skrócić życie swojej przeciwniczki.
Stop.
Viktoria, obie kości kończyny dolnej lewej złamane. Skutkujące utratą zdolności bojowych. Złamanie prawego przedramienia i lewej kości ramiennej wykluczające z dalszej walki. Pęknięte żebra, przebite płuca – wymagana hospitalizacja. Uszkodzenie szczęki. W normalnych warunkach brak zdolności bojowych, minimalne zagrożenia, śmierć w przeciągu godziny.
Samantha. Uszkodzone więzadła kolanowe, krwotok z wątroby. Niezdolność bojowa na kilka godzin. Nanity są w stanie przeprowadzić regenerację tkanek.
— Gratuluję. Jesteś pierwsza, która zaliczyła test za pierwszym razem.
Samantha nic nie odparła. Wolnym krokiem skierowała się do wyjścia mając w głowie jedynie zadania, które są przed nią.



