„PRAWDA”
W tym roku przełom października i listopada był niezwykle ponury i chłodny. Częste, silne wiatry i obfite opady zdawały się zaprzeczać nadchodzącym mrozom i śniegom. John od wczesnych godzin porannych krzątał się po kuchni szykując śniadanie dla siebie i swojej córki. Mimo, że kończyła dziś szesnaście lat uwielbiał ten poranny rytuał. Wspólne śniadanie, rozmowy, śmiech. Resztę dnia spędzali osobno zajęci własnymi sprawami, a wieczorne okruchy czasu nie były wystarczające dla niego i dla niej również. Mimo wszystko mieli ze sobą świetny kontakt. Byli bardzo zżyci i bliscy sobie. Spojrzała na zegarek, dochodziła siódma. Wszystko szło zgodnie z planem. Jajka i bekon zaraz będą gotowe a Adsila wejdzie do kuchni lada moment.
— Cześć tato – wysoki głos córki dobiegł zza jego pleców.
— Witaj kwiatuszku. Wyspana?
— Jak zawsze. Świetnie pachnie. Uwielbiam twoje śniadania – podeszła bliżej i pocałowała go w policzek.
— Cieszę się. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
— Dziękuję. Chyba nie wydałeś całej pensji na prezent? – ironizowała poprawiając swoje długie, czarne włosy, które po nocy dalej były w nieładzie.
— Oczywiście, że nie. Mam dla ciebie coś wyjątkowego.
— Już nie mogę się doczekać.
— Zawsze podziwiałem twój entuzjazm. – John uśmiechnął się szczerze stawiając śniadanie na niewielkim kuchennym stole. – Smacznego. Najedz się porządnie, bo czeka nas długa wycieczka.
— Co?! Gdzie jedziemy?! Powiedz proszę, tato – zrobiła błagającą minę, ale nie potrafiła zmazać uśmiechu, który zagościł na jej twarzy.
— Cieszę się razem z tobą, tym bardziej trudno mi burzyć twój entuzjazm. – John stał się bardzo poważny. – Ta podróż nie ma na celu rozrywki czy zwiedzania.
— Jak to? Co ty mówisz? – jej głos zadrżał.
— Kończysz szesnaście lat. To ten moment, w którym poznasz całą prawdę. – Skończył swój posiłek. – Czekam w samochodzie. Ubierz się ciepło. I nie martw się, jeśli zechcesz zrobimy sobie inną wycieczkę w następny weekend.
Wyszedł z kuchni nie spoglądając za siebie. Zastawił córkę z jej myślami.
Spędził niemal godzinę w aucie, nim w garażu pojawiła się Adsila. Ubrana w myśliwski, ocieplany strój. Jej długie włosy luźno opadały na plecy.
— Możesz mi powiedzieć o co chodzi – wypaliła od razu zamykając za sobą drzwi.
— Będzie na to czas córko – uruchomił silnik i ruszyli zmierzając na północ.
— Powiedz, bo zwariuję. Jeśli to jakaś sztuczka to przysięgam, że pożałujesz. – Nawet jej groźby nie miały mocy. Wyczuwał jej zaciekawienie i … strach?
— Pięć mil szosą i cztery mile przez las. Mamy czas na rozmowę.
— Wyjaśnij mi więc co to wszystko znaczy. Proszę – prośba wypowiedziana szeptem nabrała niemal formę błagania.
— Pamiętasz swoje dzieciństwo? Życie w rezerwacie? Wujów i ciotki?
— Oczywiście. Najlepsze wspomnienia z mojego dzieciństwa. Żadnej szkoły…
— Była szkoła…
— Wiesz o co mi chodzi. Nie lubię jak łapiesz mnie za słówka.
— Wiem – uśmiechnął się pod nosem – dlatego to robię. – W tamtych czasach często pytałaś o mamę, o nasze pochodzenie, o historię.
— Pamiętam. Mama zmarła po porodzie, ty porzuciłeś miasto, aby, zgodnie z jej życzeniem wychować mnie w kulturze przodków. Wyjechaliśmy, bo chciałeś zapewnić mi edukację. Wszystko to wiem, więc proszę nie owijaj w bawełnę tylko powiedz mi co tu się dzieje.
— Najkrócej – John zawiesił głos – mało z tego jest prawdą. Dojeżdżamy. Czeka nas dłuższy spacer po lesie, będzie więc czas na wszystkie wyjaśnienia. A przynajmniej na ich część.
— Dlaczego? Dlaczego okłamywałeś mnie całe życie – twarz Adsili była poważna, wręcz pochmurna. Zniknął obecny niemal zawsze błysk w jej oczach. Gdy tylko ich pickup zatrzymał się wysiadła energicznie zatrzaskując drzwi.
— Odpowiedź na to pytanie jest bardzo długa i skomplikowana. – Założył plecak i wskazał wejście do lasu. Nie było tu nawet ścieżki, którą mogli podążać.
— Jeśli to jakiś prank, to przysięgam, że pożałujesz – starała się przed samą sobą wyjaśnić całą sytuację.
— Nie masz wrażenia, że nie do końca tu pasujesz? – zignorował kompletnie jej ostatnią wypowiedź. Nie czekając na jej ruch skierował się w stronę ściany drzew. – Widujesz dziwne rzeczy? Trudne do opisania miraże?
— Co? – jej głos przeszedł w szept. – Nikomu o tym nie mówiłam. Co tu się dzieje?
— To normalne, że czujesz się zagubiona. Nie rozumiesz tego. Wiedz tylko, że to co widzisz i czujesz to wszystko prawda. To nie są zwidy. Prawdziwy świat jest znacznie szerszy niż wszystkim się wydaje.
Szli chwilę w milczeniu. Otoczeni gęstym lasem. W wilgotnym, wczesno jesiennym powietrzu unosił się wspaniały zapach lasu. Teren był trudny. Każdy krok po mokrym i grząskim podłożu wymagał wysiłku.
— To co powiem możesz uznać za szaleństwo, ale swoje oceny wydaj wieczorem, jak już poznasz całą prawdę. To co nas otacza to tylko część całości.
— No to słucham. Powiedz mi w końcu co tu się wyrabia!
— Wszystko można rozbić na czynniki pierwsze. Podstawowe składniki – oddech Johna wyraźnie przyspieszał wskutek marszu – twoje ulubione śniadanie, muzyka której słuchasz czy kosmetyki których używasz. Wszystko ma swój skład. A co z ludźmi? Z ich umysłem i zachowaniem? – Zawiesił głos.
— Człowiek jest unikatowy, niepowtarzalny. Możesz w końcu przestać bawić się w psychologa i powiedzieć wszystko wprost? Proszę cię, tato – jej głos pomału łamał się.
— Dobrze. Nie będę cię męczył. Charakter człowieka, jego zachowanie to wypadkowa czynników związanych z agresją, wiedzą, wiarą, spokojem ducha i ich pochodnymi. To co nas otacza to właśnie efekt końcowy.
— Jaki efekt?! O czym ty mówisz, tato? Zaczynam się bać. – Mimowolnie zwolniła tępo marszu.
— Nie masz czego się bać – odwrócił się do niej i wyciągnął rękę – nie należy się bać rzeczy, na które nie masz wpływu. Jesteś wyjątkowa. Osób takich jak ty jest tylko garstka. – Ich dłonie spotkały się. Nagle dziewczynę ogarnął wewnętrzny spokój. Zupełnie jak by znalazła się w mentalnym azylu, w którym jest bezpieczna i nic nie może jej się stać. – Twoja matka wszystko przewidziała. Sam czuję niepokój jak jej się to udało.
— Nie wiem dlaczego ale czuję teraz spokój. Czuję jak bym była tu, gdzie powinnam. Co się dzieje, tato?
— Powiem to najszybciej i najprościej jak tylko potrafię. – Spojrzał na nią. Na jej twarzy oprócz ciekawości malowało się podniecenie i spokój. – Na zewnątrz, poza tym co widzą wszyscy jest jeszcze ogromna przestrzeń. Światy, o których mało kto ma wiedzę.
— Mówisz jak pan Adkins w mojej szkole. Światy równoległe, teorie czarnych dziur i inne, ale ile w tym prawdy nikt nie wie.
— I tu jest pierwsze prawda, z którą musisz się zmierzyć. Podobno takich światów są trzy nie licząc naszego. W każdym z nich rządzi siła pierwotna. Instynkt, który wpływa na nasz świat.
— Tato, czy ty dalej próbujesz mnie wkręcić?
— I dziwisz się, dlaczego dopiero teraz mówię ci to wszystko. Twoja mama, nie wiem, dlaczego przewidziała to wszystko.
— Mama?! Właśnie. Zacznij od niej. Chcę wiedzieć. Wszystko.
— To ja jestem z plemienia nie ona.
— Co!? O czym ty mówisz? Ty? – Adsila zatrzymała się wbijając w niego swój młody wzrok.
— Kiedy byłem młody, może nie aż tak jak ty. Długi czas spędzałem w lasach na północ od rezerwatu. Szukałem sensu, bliskości natury, zrozumienia. Wtedy wszystko się zaczęło.
— Co się zaczęło? Tato, przestań być taki tajemniczy.
— Natura, świat, życie. Wszystko ma swoje tępo. Podczas moich wędrówek zacząłem widywać postać. Kobietę. Zawsze kryła się pośród lasu. Widywałem ją na tyle często, aż w końcu ją zawołałem by się ujawniła. Zaczęliśmy rozmawiać. Była piękną. Inteligentna. Zapatrzona w naszą naturę. To była twoja matka.
— Co? Gdzie ona jest? Co się stało?!
— Ona… pochodziła właśnie z innego świata. Świata, w którym ludzie cenią religię, naturę, ogólny ład. Gdy tak rozmawialiśmy nie do końca jej wierzyłem. Była jednak taka urocza i piękna, że się zakochałem. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie czułem czegoś takiego. Z biegiem czasu zbliżyliśmy się do siebie. Jesteś naszym owocem. Niedługo będziemy na miejscu – zmienił temat.
— Mów dalej. Nie próbuj mnie zbyć. – Jej głos był pewny siebie.
— Względem jej opowieści to cud, że żyjesz. Że się urodziłaś. W jej opinii połączenie między światami jest niemożliwe, ale się udało. Któregoś razu, kiedy się spotkaliśmy przyniosła cię do mnie mówiąc, że nie może się tobą zająć w swoim świecie. Poprosiła abym zrobił to za nią, abym upewnił się, że wyrośniesz na właśnie taką kobietę jaką się stałaś.
— Tato, nic z tego nie rozumiem i nie wiem czy chcę w to wierzyć.
— Twoja matka… Ona poprosiła mnie abym cię przyprowadził w to miejsce dokładnie w tym czasie…. Tam za wzgórzem – John wskazał kierunek.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
— Zupełnie nic córko. Po dzisiejszym dniu chyba wszystko się zmieni.
Szli kawałek w milczeniu. John nie chciał jej przytłaczać, ona starała się ułożyć wszystko w głowie. Towarzyszył im tylko śpiew ptaków w koronach drzew i zapach. Głęboki, pełny zapach wilgotnego lasu.
Za wzgórzem las nieco się przerzedził. Kilkadziesiąt jardów dalej John zatrzymał się i usiadł na zwilgotniałym, powalonym drzewie.
— Jesteśmy na miejscu. Teraz musimy tylko czekać.
— Na co? Całe moje życie to jedno wielkie kłamstwo, a ty każesz mi jeszcze czekać?! Jak mam ci wierzyć?
— Mówiłem ci, zrobiłem to o co prosiła twoja matka. Nie wiń mnie za to.
— Kochałeś ją?
— Bardziej niż kogokolwiek na świecie.
— Dlatego nie miałeś żadnej innej kobiety? – Zapytała szeptem.
— Tak. Wiem, że ona gdzieś tam jest, że kiedyś ją jeszcze zobaczę.
— Jak długo mamy czekać?
— Nie wiem. Możliwe, że nic się nie wydarzy.
Czekali w milczeniu. Upływające minuty rozciągały się, zupełnie jak by czas zwolnił w tym właśnie momencie. Ledwie kilka chwil później powietrze jakby się zmieniło, zapach, który zaczął się unosić wokoło sugerował zbliżającą się burzę. W odległości nie większej niż trzydzieści stóp na prawo przestrzeń zaczęła się rozmywać. Pojawiły się pierwsze lekko zielone ogniki, które zaczęły formować owal. Nie trwało to długo, gdyż po niespełna minucie zielony, wysoki na niemal osiem stóp portal uformował się w całości. Na jego krawędziach widoczne były niewielkie wyładowania elektryczne.
— Powiedz mi, że też to widzisz…tato – Adsila wstała z szeroko otwartymi oczyma.
— Oczywiście córko. – Złapał ją za rękę, aby nie zbliżała się w pobliże zjawiska. Wewnątrz portalu zaczął rysować się cień. Był coraz większy.
— Co się dzieje?
— To prawda, na którą tak czekałaś – cień po chwili zaczął przekształcać się w materialną postać. Wysoką, szczupłą kobietę o długich, czarnych włosach. Kilka głębokich oddechów później stała już przed nimi. John momentalnie ją rozpoznał. Niewiele się zmieniła przez te wszystkie lata. Adsila w pierwszej chwili myślała, że patrzy na swoją starszą siostrę.
— Nawet nie wiecie jaka jestem szczęśliwa – podbiegła do Johna i mocno go przytuliła. Jej głos był wysoki, nienaturalnie wysoki. – Córko, wyrosłaś na piękną kobietę. Jestem dumna i szczęśliwa, że się udało.
— Jak długo zostaniesz? – Spytał John ukradkiem wycierając łzę z oka.
— Nie wiem, ile to potrwa, ale już was nie zostawię. – Z trudem wyszła z objęć mężczyzny. – Córeczko, pozwól mi wziąć cię w ramiona – nie czekając na odpowiedź i przyzwolenie mocno ją przytuliła. Adsila nie drgnęła nawet. Stała ze spuszczonymi rękoma nie przejawiając emocji. Zupełnie jak by była sparaliżowana. – Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak wyczekiwałam tej chwili. – Czuła jak jej córka drży. Widziała, jak łzy spływają po jej policzkach.
— Tyle czasu. Dlaczego? – zdołała wykrztusić.
— Obiecuję, że wszystko ci wyjaśnię. Jesteś wyjątkowa – ujęła jej twarz w dłonie i spojrzała jej głęboko w oczy – nie wiem czy ktoś na tym świecie jest podobny. Kiedyś, nie dziś i nie jutro, twoja decyzja może wpłynąć na świat, który znasz. Obiecaj, że w takiej chwili postąpisz słusznie.
— Co? O czym ty mówisz?
— Po prostu obiecaj, zrozumiesz to kiedyś.
— O … obiecuję – wyszeptała, patrząc jak łzy zaczęły płynąć po policzkach kobiety uważającej się za jej matkę.
— Chodźmy do domu, a ty pytaj o co chcesz – nie spuszczała wzroku z Adsili – mam nadzieję, że starczy nam czasu, aby wyjaśnić ci wszystko.




